Ha Long alternatywnie – tanio i bez tłumów

Zatoka Ha Long Bay – jeden z siedmiu nowych cudów świata wg UNESCO. Jest to zdecydowanie najpopularniejsze miejsce w Wietnamie. Dla wielu to jedyna atrakcja, która kojarzy się z Wietnamem. Przyznam, że jestem trochę rebelem i zazwyczaj unikam miejsc tego typu jak ognia. Tak miało być i tym razem. Ha Long Bay znajduje się w każdym top miejsc, które trzeba zobaczyć w Wietnamie. Dla mnie oznaczało to jedno – trzymaj się jak najdalej od tego miejsca.

Wszystko się zmieniło gdy zacząłem więcej czytać o tym miejscu. Zdecydowana większość turystów, która tutaj wpadła była bardzo zawiedziona. Najpopularniejszą opcją zwiedzania jest jedno lub dwudniowy wyjazd bezpośrednio z Hanoi. W cenie zazwyczaj przejazd z Hanoi, wyżywienie, rejs statkiem między skałami, ewentualny nocleg na statku i dziesiątki gównianych “atrakcji”. Wymienić tutaj można skakanie ze statku, łowienie ryb, kilka minut kajaków, szkoła gotowania, wizyta w farmie ostryg, nurkowanie z maską, odwiedzanie pięknych plaż i inne podobne. Brzmi dobrze? Teoretycznie tak. Dlaczego więc ludzie tak bardzo narzekają? Wszystko zaczyna się od samego przyjazdu do portu. Lądujemy z tysiącami innych turystów. W porcie można zobaczyć setki zacumowanych statków. Wszystkie wyglądają bardzo podobnie, rozsypujące się łajby, dalekie od tego co można było zobaczyć w folderach. Tłumy towarzyszą przez cały pobyt. Samego pływania jest niewiele. Większość czasu zajmują wspomniane atrakcje. Jeśli do tego doliczyć 4 godziny jazdy w autobusie w jedną stronę, wygląda to dosyć mizernie. Warto dodać, że wycieczki nie należą do tanich (jak na Wietnam). Wyjazd jednodniowy to conajmniej 80 dolarów, na dwudniowe trzeba liczyć od 120 w górę. Oczywiście trafiają się agencje, których usługi wyglądają dużo lepiej, ale większość stwierdza jednogłośnie: “Ha Long Bay to miejsce przepiękne, ale zbyt skomercjalizowane, lepiej wybrać się w inne miejsca”. I tutaj zapaliła mi się lampka w głowie. Lubię robić rzeczy na opak, skoro większość narzeka może warto się tam wybrać? Może da się to zorganizować na własną rękę? W internecie pojawiają się opinie, że nie da się. Ja zaryzykowałem. Po raz kolejny postanowiłem olać opinie innych i zrobić po swojemu. Udało się. Skromnie przyznam, że był to jeden z lepszych wyjazdów podczas tej wycieczki.

W tym poście postaram się zamieścić jak najwięcej praktycznych informacji. Może ktoś planujący wyjazd do Wietnamu trafi na ten tekst, możemy komuś się to przyda. Może po przeczytaniu tego stwierdzicie “kurcze, fajnie tam jest”. Dodam tylko, że chciałem zobaczyć jak najwięcej. Nie skupiłem się tylko na Ha Long Bay. Chciałem też zobaczyć mniej popularne a równie piękne Bài Tu Long oraz Lan Ha. Wszystko po części się udało.

Podobnie jak wszyscy, swój wyjazd rozpocząłem w Hanoi. Zrezygnowałem z biur turystycznych i skorzystałem z lokalnych autobusów. Do Ha Long City najłatwiej dojechać z przystanku Gia Làm na wschodzie miasta. Ze starej części można tutaj dojść w jakieś 30-40 minut. Autobusy jeżdżą dosyć często, nie trzeba wcześniej rezerwować. Wystarczy pójść na dworzec i udać się do kas. Panie mówiące po angielsku chętnie udzielają potrzebnych informacji. Autobusy rzadko kiedy zatrzymują się w centrum Ha Long City. Najczęściej jest to droga w Bài Chay. Ja dogadałem się ze swoim kierowcą żeby wyrzucił mnie na wschodnim końcu mostu Bai Chay. Stąd miałem blisko do punktu widokowego na który chciałem wleźć. Bilet kosztował 80 000 dongów czyli jakieś 12 złotych a cała podróż trwała 3,5 godziny. Oczywiście byłem jedynym turystą w autobusie. Reszta to Wietnamczycy.

Po wyjściu z autobusu raźno pomaszerowałem w kierunku góry Bai Tho (no przynajmniej miałem taki zamiar, od razu pojawił się ktoś kto za darmo mnie tam podrzucił skuterem). Góra Bai Tho to góra w samym środku miasta. Widać z niej całą zatokę Ha Long. Jakiś czas temu dostępna była dla turystów, teraz jest niby zamknięta ale nadal przy odrobinie samozaparcia można tam wejść. Myk w tym żeby znaleźć “tajne” wejście. A wejście to znajduje się przy ulicy Hàng Nói. Samemu niełatwo je odszukać. Warto popytać lokalnych, raczej nikt tam nie mówi po angielsku, wystarczy jednak pokazać palcem w kierunku nieba i już wszyscy wiedzą o co chodzi. Tak się złożyło, że pierwszą osobą, którą zapytałem była właścicielką domu z którego można nielegalnie wejść na szlak. Przechodzimy przez cały dom, dziurę w płocie i już się pniemy w górę. Pani chciała ode mnie 50 tys (8 PLN) za możliwość skorzystania z wejścia. Próbowałem coś utargować, nie dało się. Mimo wszystko uważam, że 50 tys. za przejście przez dom to za dużo i opuściłem lokal. Wiedziałem, że gdzieś obok powinno być inne wejście. Tak też było. Na wschodnim krańcu ulicy, między dwoma budynkami schowane są wąskie schody prowadzące w górę. Wejście to jest niczym dom Syriusza Blacka. Jeśli nie wiesz, że tam istnieje nie znajdziesz.

Po przejściu paru metrów trafiamy na wysoką bramę zamkniętą na kłódkę. Chwila czekania i pojawia się ktoś oferujący wejście za 20 tys. Udało mi się utargować do 5000 dongów ( 80 groszy) i już byłem na nielegalnym szlaku prowadzącym w górę. Podejście jest całkiem strome ale nie zajmuje dużo czasu. Wejście to jakieś 20 minut szybkiego tempa. Co z widokiem z góry? Tego nie da się opisać słowami. Na szczycie nie spotkałem nikogo, nie mam pojęcia czemu jest to tak mało popularne miejsce. Widok rozwala.

Nie wiem ile czasu spędziłem na górze. Dosyć sporo. Zaczęło robić się późno. Wyglądało to na fantastyczne miejsce na rozstawienie namiotu. Niestety nie można było znaleźć kawałka płaskiego terenu. Zlazłem na dół i poszedłem do hostelu. Po drodze przespacerowałem przez miasto. Ha Long City bynajmniej nie wygląda na turystyczne miasto. Całe dzikie tłumy są na morzu. W mieście było pusto. Jedynym turystą, którego spotkałem był chłopak z Finlandii. Wygląda na to, że mamy podobny sposób zwiedzania. Spotkałem go później na promie a jeszcze później spaliśmy w tym samym hostelu na wyspie Cat Ba.

Następnego dnia planowałem wyjazd na wyspę Ngoc Vung. Jest to mała wyspa w okolicach zatoki Bài Tu Long. Jest to wyspa prawie niezamieszkana. Na północy wyspy znajduje się mała wioska, południe jest niezamieszkane (tak mi się przynajmniej wydawało). Wydawało się to wszystko idealnym miejscem na spanie w namiocie. Wczesnym porankiem wymeldowałem się z hostelu i marsz w kierunku portu Hong Gai. Po drodze spotkałem pewnych nowożeńców. Postanowili się podzielić swoją radością i poczęstowali weselnym alkoholem. Po tym to i ja byłem radosny.

Prom na wyspę odpływał o 13.30 i kosztował 120 tys. dongów (18 PLN). Miałem 3 godziny czekania więc siedziałem sobie w pobliżu portu, gdy zaczepiła mnie pani oferująca przewóz łódeczką po zatoce. Chciała za to 300 tys. ale z racji, że nie byłem w ogóle zainteresowany to zeszła do 50 tys. To już brzmi jak rozsądna cena. Wycieczka może nie była rewelacyjna. Widoki podobne jak te z brzegu ale urzekło mnie jak bardzo moja przewodniczka się starała. Całość miała trwać godzinę a trwała dwie. Dwie godziny machania wiosłami żeby przewieźć mój wygodny tyłek brzmi jak kawał dobrze wykonanej pracy. Dorzuciłem do tego jeszcze 100 tysięcy dongów. Pani super szczęśliwa, ja zadowolony. Tak można robić interesy.

Z portu wypłynęliśmy równo o 13.30. Po raz kolejny na pokładzie znajdowali się sami lokalni, ja oraz przypadkowo spotkany, wcześniej wspominany chłopak z Finlandii. On płynął do Quan Lan – równie spokojna wyspa ale troszkę bardziej popularna. W moim przypadku podróż trwała 1,5h. Po drodze można było się zachwycać wystającymi z morza krasowymi tworami.

Byłem jedyną osobą wysiadającą na wyspie Ngoc Vung. Przywitał mnie żołnierz, który spisał moje dane z paszportu, wypytał o moje plany i życzył miłego pobytu. Zostałem sam na końcu świata. Trochę się obawiałem czy uda mi się wrócić ale oficer zapewnił, że o 6.30 coś jest ale z innego miejsca. Skąd płynie, nie był w stanie wytłumaczyć. No nic, jakoś to będzie. Pora na 8 kilometrowy spacer na południe wyspy, do plaży która miała się stać moim domem. Po drodze minąłem jakąś wioskę. Chyba dawno nie widzieli tutaj turysty. Ludzie wybiegali z domów żeby zrobić mi zdjęcie i krzyknąć hallo. Trochę narobiłem szumu. Trudno nie narobić. Za mną ciągnęło się jakieś 20 groźnie szczekających psów. Chyba nie lubią intruzów.

Próbowałem wypytać o statek do Cam Pha. Niestety nikt z nich nie mówił po angielsku, telefon zbytnio też nie pomógł. Ludzie z którymi rozmawiałem w dużej mierze nie potrafili czytać, wskazanie punktu na mapie też nie pomogło. Nie orientowali się w ogóle gdzie się znajdują. Dopiero jakiś dzieciak mnie zrozumiał i zaprowadził do portu. Teraz mogłem być spokojny. Wiedziałem jak stąd wrócić. Mogłem dalej maszerować. Mogłem ale nie musiałem, każdy proponował mi podwózkę. Skorzystałem z wojskowej ciężarówki. Coś dużo wojska na tej wyspie. Po dojechaniu na plażę wszytko stało się jasne. Byłem na terenie wojskowym. Plaża była ale po lasach w pobliżu biegały dziesiątki żołnierzy. No ładnie, nici ze spania na plaży. Nic bardziej mylnego. Żołnierze również się mną zainteresowali. Jeden z nich mówił po angielsku. Zapewnił, że śmiało mogę tutaj spać a na terenie bazy nie ma prawa nic się stać. Mało tego, kiedy zobaczyli, że mam tylko bułkę i banany (uczę się od Mistrza) przynieśli mi jedzenie i lokalną wódkę. Słodziaki.

Gdy tylko zaczęło się ściemniać zostałem sam. 5 kilometrów plaży tylko dla mnie. To była piękna noc. Wiele bardziej wolę spanie pod namiotem niż w hostelach. Spało się rewelacyjnie. Jedynym minusem była pobudka. Trzeba było wstać o 5 żeby przejść te 8 km i wrócić na statek. Żeby nie wracać w to samo miejsce popłynąłem w stronę Cam Pha. Po raz kolejny można było zachwycać się widokami. Statek przepływa przez środek Bai Tu Long. Ta przyjemność kosztowała 80 tys. (12 PLN)

Po powrocie na ląd było już łatwo. Port znajduje się jakieś pół godziny na piechotę od dworca autobusowego. Tam za 40 000 dongów złapałem busa do Tuan Chau i prom na Cat Ba. Prom kosztuje 80 tysięcy i jako kolejny przepływa między wysepkami. Zdecydowanie wystarczy mi krasowych wysp. Promy przepływały w podobnych miejscach co statki turystyczne. Za dużo mniejsze pieniądze otrzymuje się te same widoki, bez zbędnych atrakcji.

Z promu do miasta można dostać się lokalnych autobusem, kosztuje to jakieś grosze. Ile dokładnie nie mam pojęcia. Ja się zabrałem na skuterze z mieszkańcem wyspy. Zaproponował, że podwiezie mnie za darmo ale w zamian muszę z nim porozmawiać po angielsku i po dotarciu napić się wina ryżowego. Brzmi jak świetny deal.

Cat Ba jest typowo turystyczną wyspą. Można spotkać tutaj ludzi z całego świata, głównie młodych backpackerów. Na szczęście nie ma ich wszystkich zbyt wielu. Nie odczuwa się żeby było tłoczno. Na samej wyspie miałem spędzić dwa dni, ostatecznie skończyło się na trzech. Lokalizacja mnie urzekła. Zamieszkałem w hostelu Le Pont (na promce za 13 złotych za noc). Polecam każdemu ten hostel. Lokalizacja jest niesamowita. Z balkonu mamy widok na zatokę. Z jednej strony morze a z drugiej strony całe miasto jak na tacy. Do tego można dodać dobre śniadanie w cenie i tanie piwo. Nic więcej nie potrzeba do szczęścia. Można śmiało iść spać.

Pierwszy dzień na wyspie spędziłem zwiedzając na skuterze. Wynajęcie kosztowało 60 tysięcy za cały dzień (9 złotych) a widoki robiły swoje. Udało się zjeździć wszystkie drogi istniejące na wyspie. Drogi te przechodzą przez Park Narodowy, więc piękne widoki gwarantowane.

W międzyczasie zrobiłem sobie przerwę od skutera i udałem się do płatnej części Parku Narodowego. Wstęp kosztuje 40 tysięcy dongów, ale zdecydowanie warto. Widoki zachwycają. Wejście na szczyt i na dół to jakieś 2 godziny marszu. Jest stromo ale idzie się po schodach, więc nie potrzeba być jakoś super przygotowanym. Mijałem nawet hipsterów chodzących na boso. Motocykl śmiało można zostawić pod bramą parku.

Przyznam, że to był piękny dzień. Po powrocie do hostelu uczyłem dziewczyny z Niemiec jak się jeździ na skuterze. Tak im się spodobało, że zawołały znajomych, których także instruowałem. Całkiem zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że sam zacząłem jeździć dopiero dwa tygodnie temu.

Dzisiejszy dzień spędzam całkowicie na relaksie. Włóczę się po plażach i popijam piwko. Nie żeby nie było co robić. Cat Ba oferuje wiele atrakcji. Można tutaj kupić rejs między wyspami z atrakcjami, które opisałem na początku. Różnica jest taka, że na miejscu ten rejs można kupić za około 10 dolarów. Można też wynająć łódkę i popłynąć w okolice lokalnych wysp, tam można śmiało spędzić cały dzień na kajakach. Taka przyjemność kosztuje 550 tysięcy do podziału na 4 osoby. Wychodzi po 20 złotych za łeb. Można też się wedrzeć na fort z którego roztacza się panoramiczny widok na okolicę. Wstęp kosztuje 40 tysięcy. Ja miałem za darmo, wczoraj piłem z chłopakiem, który pracuje na bramce, ale i tak nie uważam tego, za super atrakcję. Widoki z Parku Narodowego oraz z Ha Long City są duuuużo lepsze. Gdybym wiedział co mnie czeka na górze raczej bym nie zapłacił.

To było ładnych kilka dni. Po raz kolejny warto było nie słuchać ludzi. Każdemu polecam taką wyprawę. Jutro jadę dalej. Za niecałe 30 złotych kupiłem bilet z hostelu do Ninh Binh. Jest to ostatnie miejsce, które mam zamiar zobaczyć podczas tej wycieczki do Wietnamu. Już się nie mogę doczekać Nowej Zelandii.

2 thoughts on “Ha Long alternatywnie – tanio i bez tłumów

  1. Twoje wpisy są bardzo inspirujące do zachowania racjonalnego umysłu w kwestii pieniędzy podczas podróży. I w ogóle fajnie się czyta. Pozdrawiam!

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close