Phong Nha Ke Bang – chillout w podróży

Piękne widoki, skuter, piwko i śmieszny papieros. Tak mnie powitało Phong Nha. Chillout jakiego dawno nie miałem. Usłyszałem wczoraj rozmowę kilku Brytyjczyków, którzy szydzili ze swojej koleżanki, że przyjechała tu aż na 3 noce. Wg wielu dwie to zdecydowany max (o ile podróżujesz budżetowo i nie chcesz wydawać milionów na płatne atrakcje, których nie brakuje). Ja spędziłem tutaj 4 noce i 4 dnie. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem tak długo w jednym miejscu, ale to był zdecydowanie wybór życia. Totalny relaks, odpoczynek, brak pośpiechu, coś czego mi od dawna brakowało.

Phong Nha Ke Bang to Park Narodowy w centralnym Wietnamie. Park całkiem młody. Został uformowany w 2001 roku, następnie po 2 latach trafił na listę UNESCO. Prawdziwy boom popularności przeżywa od 2009 roku, kiedy na jego terenie odkryto największą na świecie jaskinię Son Doong. Kiedy tylko zobaczyłem w internecie zdjęcia namiotów rozstawionych przy podziemnym jeziorku w ogromnej grocie postanowiłem sobie, że muszę tam pojechać. Niestety, rzeczywistość nie była tak kolorowa. Do jaskini może wejść tylko 10 osób tygodniowo (brak wolnych terminów do końca roku). Żeby się do niej dostać, trzeba przedrzeć się przez gęstą dżunglę nafaszerowaną minami, niewybuchami, wężami i różnymi insektami. Wyprawa wraz ze zwiedzaniem jaskini trwa kilka dni. Nie ma możliwości dostania się tam samemu, jedynie z przewodnikiem. Niestety cena takiej wycieczki to 3000 dolarów, co jest zdecydowanie nie na moją kieszeń. W Parku Narodowym znajduje się jeszcze kilka mniejszych jaskiń. Część z nich można zwiedzić dużo łatwiej i taniej. To właśnie te jaskinie tak przyciągają turystów, mi natomiast spodobało się coś całkiem innego.

Najpierw parę informacji praktycznych. Do Parku Narodowego dostać się można z każdego znanego miejsca w kraju. Kursują tu dziesiątki bezpośrednich autobusów (prywatnych firm przewozowych). Jeśli chcemy uniknąć tego typu przewoźników i jednocześnie oszczędzić kilka groszy, najłatwiej dostać się z miejscowości Dong Hoi. Autobus B4 z Dong Hoi do Phong Nha jeździ praktycznie co godzinę (ostatni o 17). Autobus zatrzymuje się w wielu miejscach miasta (między innymi w pobliżu lotniska lub dworca) i kosztuje 40 tys. dongów (około 6 PLN) . Do samego Dong Hoi bez problemów dostaniemy się samolotem, pociągiem, autobusem czy autostopem.

W samym Phong Nha bardzo łatwo znajdziemy hostel czy hotel. Można wcześniej zarezerwować w internecie, można szukać na miejscu. Ja zatrzymałem się w hostelu Nguyen Shack. Jest to jedne z fajniejszych miejsc w jakich miałem okazję spać. Śpi się praktycznie na świeżym powietrzu w przytulnych drewnianych pokojach. Żadnych drzwi na dwór, jedynie kawał wiszącej szmaty. Na dachu zrobiono ogromny taras na którym rozstawione są leżaki, parasole i stoliki. To chyba tutaj spędziłem najwięcej czasu. Idealne miejsce na wypoczynek. Poza hotelami w Phong Nha bez problemu znajdziecie wypożyczalnie skuterów, biura turystyczne, restauracje, bankomaty czy cokolwiek potrzeba. Jest to bardzo turystyczne miejsce, co o dziwo tym razem w ogóle mi nie przeszkadzało.

Do Phong Nha przybyłem w piątek rano. Byłem troszkę zmęczony a było już za późno na wynajęcia skutera, więc postanowiłem, że ten dzień spędzę na chillout. Jakże to było łatwe. Wystarczyło zameldować się w hostelu, udać się na dach i już ktoś podtykał śmiesznego papierosa pod nos. Piwko w hostelu to koszt 15 000 dongów (2,2 PLN). Cena sprzyjała temu żeby nic nie robić i leżąc na leżaku “w chłodnym cieniu piwko pić”. Dla niektórych tego typu dzień to dzień zmarnowany. Ja potrzebuję od czasu do czasu nic nie robić. Można wtedy naładować się, zresetować mózg, przemyśleć co się chce dalej robić i ogarnąć swoją wycieczkę. Po kilku godzinach stwierdziłem, że pora ruszyć tyłek. Skończyło się na krótkim spacerze po wiosce i piwku nad rzeką. Żyć nie umierać.

Wieczorem tego samego dnia, do Phong Nha przyjechała dwójka Polaków z którymi spędziłem następne 3 dni. Gosia i Maciek od kilku dni razem podróżowali po Wietnamie. Trafiliśmy na siebie poprzez naszych wspólnych znajomych. Po wymienieniu kilku zdań okazało się, że nasze plany są bardzo podobne, więc można było na chwilę się połączyć. Kolejne piwko, wspólny chillout na dachu i można było iść spać. Kolejny dzień miał przynieść to na co czekałem – wypożyczenie skutera i plądrowanie okolicy.

Wstaliśmy w miarę wcześnie rano i wyjechaliśmy. Pogoda była idealna do jazdy na skuterze. Zaplanowaliśmy sobie, że zrobimy pętlę przez Park Narodowy po drodze zahaczając o Paradise Cave. W okolicy są 4 duże jaskinie, które można zwiedzić za całkiem nieduże pieniądze. My zgodnie stwierdziliśmy, że jedna z jaskiń zdecydowanie nam wystarczy. No to jedziemy!

Już po wyjechaniu z wioski pierwszy postój na pstrykanie zdjęć. Okolica jest niesamowita. Góry porośnięte dżunglą, pola uprawne, które aż biją zielenią po oczach, drzewa bananowca przy drodze. Jedno z ładniejszych miejsc, które w życiu widziałem. Gdyby mnie ktoś spytał co widziałem w Parku Narodowym Phang Nha Ke Bang odpowiedziałbym, że chyba nic konkretnego, ale włóczenie się po okolicy dało mi niesamowicie dużo frajdy.

Wisienką na torcie była ostatnia godzina wycieczki. Robiło się już ciemno, kierowaliśmy się do domu ale postanowiliśmy po drodze troszkę się “zgubić” i zjechać z głównych dróg. Trafiliśmy na wioskę w której czas się zatrzymał. Kilka kilometrów od miejsc turystycznych a życie zupełne inne. Dzieci wesoło machały do każdego przejeżdżającego, dorośli pozdrawiali. Mimo, że pochodzę ze wsi, obserwowanie Wietnamczyków pracujących w roli to całkiem przyjemne doświadczenie. Zadowoleni z wycieczki, wróciliśmy do hostelu, coś zjedliśmy, coś spaliliśmy, coś wypiliśmy i każdy rozszedł się w swoim kierunku.

Kolejny dzień był bardzo podobny. Wypożyczenie skutera, włóczenie się po okolicy, spacer po Ogrodzie Botanicznym, objeżdżanie lokalnych wiosek i powrót do domu. Tym razem było trochę mniej jeżdżenia. Trasę przerwał nam silny deszcz, ale cały dzień (i oczywiście wieczór) należał do bardzo udanych. Trochę żałuję, że nie udało się odwiedzić wioski etnicznej Van Kieu, ale dojazd przez dżunglę w deszczowe dni był bardzo utrudniony.

Gdyby nie to, że mam wykupiony samolot na dzisiaj, po drugim dniu jeżdżenia wyjechałbym z wioski. Gosia z Maćkiem tak uczynili. W poniedziałek wieczorem mieli autobus do Ninh Binh. Cały dzień spędziliśmy na jedzeniu przeróżnych pyszności, piciu piwka i popalaniu różnych smakołyków. Kolejny bardzo udany dzień kończący wspólne zwiedzanie. Obrazy z Phong Nha Ke Bang chyba na zawsze pozostaną w moim baniaku. Rewelacyjne widoki, które nie zawsze da się uwiecznić. Tutaj czas płynie zdecydowanie wolniej. Co prawda brakuje mi trochę trekkingu i rozbijania się z namiotem na dziko, ale na to przyjdzie czas w Nowej Zelandii. Wietnam jest pełen min, jadowitych węży (jadąc motorem przez dżunglę jeden skubaniec wylegiwał się na środku drogi) i insektów przenoszących różne choroby. Póki co lepiej trzymać się bliżej hosteli i innych ludzi.

Dokładnie w tym momencie udaję się na samolot do Hanoi i zaczynam zwiedzać północne góry. Do usłyszenia w relacji za kilka dni.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close