Irański Kurdystan – broń przed nosem, kupa w majtkach.

Rzecz miała miejsce podczas ubiegłorocznej wycieczki do Iranu. Lecąc tam miałem tylko jeden cel, który koniecznie chciałem zobaczyć – Palangan. Palangan to mała wioska w Irańskim Kurdystanie, malowniczo położona na zboczu góry. Wszystko zaczęło się tradycyjnie, grzebiąc coś w internecie trafiłem na jedno zdjęcie tej miejscowości. Powiedziałem sobie, że koniecznie muszę zobaczyć to miejsce. Wystarczyło.
DSC_2316

Cała wycieczka była ustawiona pod zwiedzanie Kurdystanu. Po wylądowaniu w Teheranie planowałem znaleźć jakiś środek transportu i przenieść się na wschód kraju. Nie do końca udało się to osiągnąć. W Iranie wylądowałem 21 marca, w pierwszy dzień Nowruzu – Perskiego Nowego Roku. Szybki rzut oka na prognozę pogody i pierwsza niespodzianka. Pogoda w Kurdystanie nie do końca sprzyjała spacerowaniu. Dużo śniegu, deszczu i temperatury spadające poniżej -10 stopni Celsjusza. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w takich warunkach spanie w namiocie też może być przyjemne. Szybka analiza i była decyzja – jadę na południe Iranu, może w międzyczasie poprawi się pogoda, wtedy wrócę na północ.
DSC_2291DSC_2295

Tak też się stało. W drugim tygodniu pobytu pogoda zdecydowanie się poprawiła. Nadeszła pora na realizację kolejnego mikro-marzenia. Po kilku dniach chillowania w Kerman znalazłem autobus do Kermanshah z kilkugodzinną przesiadką w Esfahanie. 1300 km i miałem być na miejscu. Dla kogoś kto tak samo jak ja nie lubi podróżować autobusem, 20 godzin w tej puszce brzmi tragicznie, ale przyznać trzeba, że nie było aż tak źle. Autobusy w Iranie są dużo wygodniejsze niż te do których przywykliśmy w Europie. Trzy fotele w jednym rzędzie, prawie metr miejsca na nogi, siedzenia rozkładające się praktycznie do pozycji poziomej oraz poczęstunek na pokładzie, sprawiły, że podróż była nawet przyjemna. Spokojnie można było się wyspać i odpocząć.DSC_2279

Do Kermenshah, stolicy prowincji, dotarłem około 5 rano. Z Kermenshah powinienem udać się do Kamyaran, który znajduje się jakoś 70 km na północ a następnie do Palangan. Przewodniki wspominały, że nie da dojechać się tam środkami transportu publicznego i trzeba jakoś kombinować. Ciemnica i dworzec na zewnątrz miasta nie ułatwiły zadania. Zagubiony wysiadłem z autobusu, kierując się do miejsca gdzie można napić się herbaty. To jedna z najlepszych metod rozwiązywania problemów. Jeśli nie wiesz co masz ze sobą zrobić, usiądź wygodnie, napij się czegoś ciepłego a rozwiązanie problemu przyjdzie samo. I przyszło. Przysiadł się do mnie pewien starszy jegomość, nie do końca był w stanie dogadać się po angielsku, ale widać, że moja postać bardzo go zainteresowała. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że spotkany pan czeka na mikrobusa do stolicy Kurdystanu – Sanandaj. Zapewnił, że ten mikrobus przejeżdża przez Kamyaran i zaproponował żebym zabrał się razem z nim a on mi wszystko pokaże.7

Pojechaliśmy. Bus kosztował jakieś 5 tys. toman (ok 5 PLN). Był to stary, rozsypujący się Mercedes. Po jednej stronie kobiety, po drugiej stronie mężczyźni. Drogę umilały największe irańskie przeboje wylewające się z głośników oraz poczęstunki. Byłem jedynym turystą, do tego w miejscu gdzie rzadko ktokolwiek się pojawia. Z automatu budziłem niemałe zainteresowanie wśród lokalnych pasażerów. Oznaczać to mogło tylko jedno. Herbata, daktyle, orzechy, jabłka i wszystko co znajdowało się w autobusie, po kilku chwilach wylądowało przed moim nosem. Na nic zdadzą się odmowy, po kilku próbach, po przekonaniu się, że to nie Ta’rof (o tym później) a szczera propozycja, odmawiać nie wypada. Mimo, że nikt z podróżnych nie mówił po angielsku, podróż minęła w bardzo miłej atmosferze. Pan, który poczuł się moim opiekunem poprosił kierowcę żeby troszkę zboczył z kursu i zabrał mnie w miejsce gdzie będę mógł próbować łapać następny środek transportu. Do miejsca z którego będę mógł dostać się do Palangan. Zostawiono mnie na skraju Kamyaran, w miejscu postoju taksówek oraz savari (dzielona taksówka).
DSC_2281

Nie musiałem długo czekać. W kilka sekund po wyjściu z mikrobusa, wokół mnie zgromadziła się grupa taksówkarzy. Oczywiście każdy z nich przekonywał, że do Palangan nic nie jeździ i że jedynie ich taksówką mogę się tam dostać. Pobyt w Iranie utwierdził mnie w przekonaniu, że taksówkarze wszędzie na świecie są tacy sami. Podczas tej wycieczki spotkałem setki Persów, każdy z nich był bardzo pomocny, każdy był zainteresowany przybyszem z Europy, każdy z nich dziękował za to, że się odważyłem i wbrew propagandzie w zachodnich mediach przyjechałem do ich pięknego kraju. Każdy poza taksówkarzami. Ci na każdym kroku dopatrywali się możliwości łatwego zarobku, udzielając nieprawdziwych informacji i oferując swoje usługi za kosmiczne pieniądze. W takich sytuacjach zbawienny okazuje się zwrot “pul nadaram”, co można przetłumaczyć jako “nie mam pieniędzy”. Najczęściej po wypowiedzeniu tych magicznych słów, taksówkarze zostawiali człowieka w spokoju. Najczęściej też po wypowiedzeniu tych słów, trafił się ktoś kto doradził jak się przemieścić nie wydając fortuny. Po raz kolejny byłem szczęściarzem. Pewien sympatyczny Kurd, poinformował mnie, że jest kierowcą Savari i jeśli tylko samochód uzupełni się do pełna, zawiezie mnie do Palangan. Właśnie tak działają Savari w Iranie. Wsiadamy do samochodu, mówimy gdzie chcemy jechać i czekamy na resztę współtowarzyszy. Czasem może to być kilka minut, czasem kilka godzin. W tym przypadku po godzinie oczekiwania ruszyliśmy w drogę. Kurs do celu kosztował mnie jakieś 3 złote.
DSC_2301DSC_2303DSC_2300

Z każdym przejechanym kilometrem ekscytacja narastała. Góry stawały się coraz wyższe, okolice coraz mniej zaludnione. Po minięciu kilka posterunków wojskowych dotarliśmy do serca irańskiego Kurdystanu. Kierowca zostawił mnie przy głównej drodze. “Musisz iść na piechotę jakieś 3-4 kilometry i dotrzesz do wioski”. Pamiątkowe zdjęcie i każdy z nas udał się w swoim kierunku.
DSC_2298

Wioska zachwycała. Położona była na wzgórzach po dwóch stronach rzeki. W oddali majaczyły wysokie, trudne do zdobycia szczyty. Kamienne domki i brak jakichkolwiek dróg sprawiał, że czułem się jak przeniesiony w czasie. Między budynkami spokojnie spacerowały sobie kozy i krowy. Dzieciaki biegały za piłką. Dorośli zajęci codziennymi sprawami, kiedy tylko mnie zobaczyli zaprzestawali swoich obowiązków i natychmiast próbowali nawiązać kontakt. Poziom gościny wręcz powalał. Spacerowałem po wiosce jakieś 2 godziny a w międzyczasie otrzymałem kilka zaproszeń na obiad/herbatę oraz nocleg. W tym miejscu warto wspomnieć o Ta’arof. Ta’arof jest częścią perskiej etykiety. Bycie dla siebie uprzejmym jest częścią irańskiego DNA. Irańska uprzejmość i grzeczność jest dla typowego Europejczyka nie do wyobrażenia. Proponowanie herbaty, darmowe noclegi, darmowe taksówki, ucinanie krótkiej pogawędki, przepuszczanie w drzwiach. To wszystko wchodzi w skład Ta’arof. Irańczycy oferują swoje usługi każdemu gościowi. Nieważne czy faktycznie chcą nam pomóc, czy wymaga tego etykieta, zawsze tą pomoc zaproponują. W tym miejscu trzeba być bardzo uważnym. To, że kierowca zaproponuje darmowy przejazd, wcale nie oznacza, że ma to na myśli. Nawet jeśli chce od Ciebie pieniądzy, z grzeczności na początku będzie odmawiał przyjęcia. Warto być czujnym, żeby przypadkiem nie wpakować się w jakiś przypał. Jak rozpoznać czy ktoś faktycznie chce nam pomóc czy to tylko Ta’arof ? Metoda jest prosta. Wystarczy kilka razy odmówić i upewnić się co do zamiarów.
– Ile płacę za ten obiad ?
– Nic.
– Ale jak to nic, ja chcę zapłacić.
– Nie, nie. Jesteś moim gościem, nic nie musisz płacić.
– Ale ja nalegam. Mam pieniądze.
– No to w takim razie 100000 IRR.
Jeśli odmówicie trzy razy a ktoś nadal będzie Wam coś proponował, znaczy, że faktycznie ma to na myśli i szczerze chce nam to zaproponować. Po kilku odmowach powinniśmy się zgodzić (w ramach rozsądku), inaczej łatwo urazić Irańczyka.
DSC_2318DSC_2306DSC_2308DSC_2309DSC_2311DSC_2312DSC_2317

Wracając do Palangan. Spotkani ludzie na tyle rzadko widywali turystów z Europy, że szczerze, sami z siebie proponowali wszystko. Ciężko było im wytłumaczyć, że nie chcę się u nich zatrzymać, że wolę spać w namiocie. Planowo miałem, każdą noc spędzać w namiocie, po dotarciu do Iranu okazało się, że codziennie ktoś mnie zaprasza do siebie, że codziennie nocuję w jakimś domu a namiotu jeszcze nie miałem okazji rozłożyć. Tym razem chciałem to zrobić. Nie dlatego, że nie miałem gdzie spać, bardziej by usprawiedliwić zakup swojej trumienki.
12

Po kilkugodzinnym spacerze, nadal była wczesna pora. Do Palangan przyjechałem w miarę wcześnie, a że miałem tam nocować, pozostało mi dużo wolnego czasu. Wybrałem się na spacer poza wioskę. W okolicy spotkać można strumyki i wodospady. Jest to całkiem popularne miejsce odpoczynku irańskiej ludności. Rodziny zabierają koce i jedzenie i udają się piknikować na łonie natury. Z racji, że był Nowruz, dwutygodniowy okres wolny od pracy, na szlaku można było spotkać bardzo dużo lokalnych mieszkańców. Oczywiście każdy chciał zrobić zdjęcie, złapać kontakt na facebooku czy też zaprosić na kawę. Na tym skończył się mój spacer. Wędrowałem od kocyka do kocyka i rozmawiałem na przemian z Kurdami i Irańczykami. Herbata, szisza, obiad, herbata, szisza i ciągłe pstrykanie zdjęć. To był bardzo przyjemny dzień. Poznałem wiele osób, z wieloma z nich do dzisiaj utrzymuję kontakt.
DSC_2326DSC_2329DSC_2330DSC_2332DSC_2346

Gdy powoli zaczęło się ściemniać skierowałem się z powrotem do wioski. Chciałem za dnia znaleźć miejsce gdzie można rozbić namiot. Chciałem pozostać w miarę niewidoczny a jednocześnie mieć ładny widok. Z racji, że teren był trudny i górzysty, potrzebowałem troszkę czasu żeby znaleźć odpowiednie miejsce. Z daleka upatrzyłem swoje miejsce. Miejsce gdzie pasły się krowy, wysoko nad ostatnimi budynkami wioski. Maszeruję. Nagle moją uwagę przykuły dwie roześmiane dziewczynki, które bawiły się czymś co wyglądało na piłkę, całkiem asymetryczną piłkę. Po podejściu bliżej, okazało się, że nie była to piłka a krowi łeb. Jakaś krowa wypasająca się nieopodal spadła ze skały i uszkodziła sobie kręgosłup. Miejscowi chcieli jej ulżyć i odcięli łeb żeby się nie męczyła. Ciało wróciło do właściciela,  łeb natomiast posłużył jako zabawka.34

Udało się dotrzeć do celu. Widok był niesamowity. Cała wioska w zasięgu wzroku. Usiadłem na skraju skały, wyciągnąłem coś do jedzenia i relaksowałem się. Gdy zaczęło się ściemniać, z każdą minutą robiło się coraz przyjemniej. Pasterze zapędzali kozy do wioski. Ludzie wracali z gór. Po kolei zapalały się światła w domach. Palangan wieczorem był jeszcze piękniejszy niż za dnia. Siedziałem chyba z 2 godziny, obserwując jak wioska szykuje się do snu, po czym sam poszedłem spać.
DSC_2364

Puk puk. Jest środek nocy a ktoś próbuje się dobić do mojego namiotu. Z zewnątrz było słychać kilka głosów. Przyznam, nie lubię jak ktoś się kręci w nocy koło mojego namiotu, no ale wyjść trzeba. W Iranie miałem ze sobą swój ulubiony nóż sprężynowy. Bezpieczeństwa nigdy za wiele. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał go użyć, ale czasami zabieram go ze sobą w podróż. Przyszykowałem sobie nóż pod ręką i otworzyłem namiot. Zamarłem. Pierwsze co zobaczyłem to lufa karabinu. Na zewnątrz stało czterech Kurdów z kałaszami na ramieniu. Myśl była jedna: “mogę sobie swój nóż w tyłek wsadzić”. No dobra, może przesadziłem z tytułem, kupy w majtkach nie było, no ale było blisko. Nie udało mi się słowa wykrztusić, ale towarzystwo chyba ogarnęło, że jestem w szoku. “Cześć. Wracaliśmy z polowania i widzieliśmy, że rozbijasz się z namiotem. Mamy dzisiaj bardzo zimną noc, więc przynieśliśmy Ci herbatę”. Podali mi ciepły termos z herbatą. Ufff. Tym razem przeżyję. Oczywiście proponowali żebym poszedł z nimi i przenocował się bezpiecznie w wiosce, ale bardzo mi się podobało miejsce w którym spałem, więc zostałem. Chłopaki zostawili termos i powiedzieli, że odbiorą go rano. Wystarczy, że zejdę do wioski, oni będą o tym wiedzieli i wyjdą mi naprzeciw.DSC_2356DSC_2372

Poza tym incydentem spałem jak szalony. Rano zostałem obudzony przez krowy, które koniecznie chciały skubnąć sobie trawki z okolic mojego namiotu. Szybkie pakowanie i zejście do wioski. Faktycznie. Mieszkańcy wiedzieli o tym, że schodzę. Na progu wioski stał Pan w średnim wieku, ubrany w elegancki, tradycyjny kurdyjski strój. “Dzień dobry. Jestem managerem wioski. W przyszłym tygodniu planowaliśmy otwarcie galerii ze zdjęciami z Kurdystanu, ale korzystając z okazji, że tutaj jesteś, chcielibyśmy zrobić to teraz. Mógłbyś przeciąć wstęgę ?”. Tak oto stałem się patronem galerii w kurdyjskim Palangan. Manager wioski oprowadził mnie po kilku domkach po czym zaprowadził w miejsce gdzie odebrać miał mnie kierowca. Na savari czekałem jakieś 2 godziny. W międzyczasie zaczepiła mnie grupa chłopaków, która słyszała, że jestem z Polski i koniecznie chcieli dowiedzieć się czy znam Kurka, Kubiaka i Lewandowskiego. Nadjechał samochód a ja udałem się do następnej miejscowości, skąd po raz pierwszy w Iranie miałem łapać stopa, ale o tym w innym odcinku.
6
DSC_2378DSC_2377DSC_2350DSC_2370

 

3 thoughts on “Irański Kurdystan – broń przed nosem, kupa w majtkach.

  1. A ile razy odmówiłeś herbatki ? : )
    Kolejne domki wyrastające ze zboczy skał robią wrażenie.

    Like

    1. I bez karabinu nie odmawiam 🙂

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close