Lofoty – raj na ziemi, na biedaka cz.1

Nie było żadnego przypału, niewiele ciekawych rozmów, mało spotkanych ludzi, zero imprezowania. Niejeden mógłby rzec – nuda totalna. Dlaczego więc relacja z tego wypadu pojawia się jako pierwsza na stronie ? Lofoty to najładniejsze miejsce jakie w życiu widziałem. Piękne, krasne i zachwycające. Samotna kilkudniowa wędrówka, spanie gdzie się tylko chce, brak żywej duszy na szlakach, obcowanie z naturą i świeżo parzona moka nad fiordami – to wszystko sprawiło, że była to jedna z najlepszych wycieczek jakie kiedykolwiek odbyłem. Inna sprawa, że tydzień w tym raju kosztował mnie około 100 PLN (nie licząc środków komunikacji – po części darmowych). Nie da się ? Wiele osób tak twierdzi. Znajomi dziwią się jak to możliwe. Tutaj krótko o tym jak tego dokonać. A nuż po przeczytaniu tego odpalisz internet i niewiele myśląc zakupisz bilety.

IMG_20170609_160356_HDR-01

Wyjazd do Norwegii chodził mi po głowie od kiedy tylko pamiętam. Skutecznie odstraszały mnie norweskie ceny. Pod każdym tanim lotem do tego kraju, pojawiały się dziesiątki komentarzy opisujących ile to faktycznie kosztuje. Horrendalne ceny (jak na nasze warunki) praktycznie wszystkiego, efektywnie pozwalały mi omijać Skandynawię szerokim łukiem. Aż do ubiegłego roku.

O ile Norwegia zawsze mnie ciągnęła, tak nigdy wcześniej nie słyszałem o Lofotach. Lofoty jest to archipelag leżący na Morzu Norweskim, w północno-zachodniej części kraju. Całość znajduje się powyżej Koła Podbiegunowego. Przypadek sprawił, iż pewnego dnia, przeglądając jakieś pierdoły trafiłem na zdjęcie pewnego fiordu. “Muszę tam koniecznie pojechać”. W tym momencie decyzja już zapadła. Bardzo często planuję wyjazdy dokładnie w ten sam sposób. Szybkie sprawdzenie, co to za miejsce, skanowanie tanich lotów i bilety miałem w kieszeni. Tradycyjnie, dopiero po fakcie zacząłem zastanawiać się jak to wszystko wykonać. Pierwsze lepsze forum w internecie i człowiek teoretycznie ma pełen obraz: “dostać się łatwo, na miejscu drogo jak diabli”, “nie ma szans żeby nie trafić na deszcz”, “zimno”, “trudne trasy”, “trzeba liczyć co najmniej kilka tysięcy”. Całe szczęście, że mam totalnie gdzieś tego typu opinie. Tobie polecam czynić tak samo. Nie ma co słuchać marudzenia. Jeśli tylko chcesz zrobić coś tanio – uda się. Kwestia podejścia i pewnych wyrzeczeń, ale uda się na pewno. I tym razem też się udało.

IMG_20170611_214521_HDR-01

W tym momencie u większości osób następuje etap przygotowywania się. Ja zdecydowanie wolę niczego nie planować i robić to, na co tylko przyjdzie ochota. W moim przypadku skończyło się na kupnie biletów, przejrzeniu kilku zdjęć, oznaczeniu ich lokalizacji na mapie i pakowaniu na 2 godziny przed wyjazdem. Wszystko trzeba było spakować w bagaż podręczny więc wiele tego nie było. Namiot, śpiwór, garnki, palnik, kilka ubrań, żyłka (gdyby naszła ochota na łowienie ryb), 2 paczki kabanosów, kilka owsianek, kilka zupek chińskich, trochę ryżu i człowiek gotowy do wyjazdu (jedzenie kupione w Polsce kosztowało mnie około 50 PLN – spokojnie wystarczyło na cały tydzień wyprawy).

IMG_20170610_112531_HDR

Sama droga do wygodnych nie należała. Pierwszy etap to PKP z Wrocławia do Gdańska, następnie samolot z Gdańska do Trondheim. Leciałem WizzAirem ale bilet dostałem za darmo. W zamian za korzystanie z karty kredytowej związanej z programem oraz rezerwację noclegów i samochodów otrzymuje się punkty, którymi można płacić za loty. W tym przypadku loty na trasie Gdańsk – Trondheim – Gdańsk trafiły się za darmo. Normalnie te same bilety można czasem upolować za 80 złotych. W Trondheim miałem kilka godzin oczekiwania na następny pociąg. Nie chciało mi się jechać do centrum, wolałem delikatny chillout w uroczych okolicach lotniska. Znalazłem miejsce w którym foto-spoterzy samolotów zbudowali sobie trybunę z której całymi dniami polują na dobre zdjęcia przelatujących samolotów. Panowie utrzymywali, że można spotkać ich tam każdego dnia, co też się potwierdziło kiedy odwiedziłem miejsce w drodze powrotnej. Po przyjemnym relaksie, pora wsiadać w nocny pociąg i przejechać z Trondheim do Bodo. Kupując z odpowiednim wyprzedzeniem, bilety w taryfie mini można dorwać za jakieś 200 NOK (ok 90 PLN) w dwie strony, co byłoby dobrą ceną nawet jak na polskie realia (biorąc pod uwagę, że z Trondheim do Bodo mamy jakieś 700 km). W Bodo czekała mnie kolejna przesiadka. Tym razem z pociągu na prom do Moskenes. Prom kosztował 360 NOK (ok 160 PLN) w dwie strony. Korzystając z kilku godzin wolnego czasu, wybrałem się na poszukiwanie gazu. O ile palnik można przewozić w samolocie, tak kartusz trzeba kupić na miejscu. Był to największy wydatek na tej wycieczce (i prawie jedyny). Butla kosztowała 100 NOK (ok 44 PLN), no ale oczywiście warto wydać i opierdzielić coś ciepłego. Teoretycznie możnaby rozpalać ogniska, ale poza wyznaczonymi miejscami nie jest to mile widziane. Pamiętaj ! W miejscach jak to, dbamy szczególnie o naturę i nie pozostawiamy po sobie żadnego śladu. W Norwegii można kupić wkłady, które pasują do palników Campingazu albo Primusa, które można tanio zakupić w polskim Decathlonie. Nie polecam kupowania palnika na miejscu. W sklepie sportowym w którym byłem, najtańsze zaczynały się od 800 NOK. Po zakupach pora na prom. Kilka godzin na statku i udało się. Po długiej podróży dotarłem do raju! Do tego raju udało się dostać wydając 250 PLN na bilety w dwie strony. Co prawda cała podróż trwała jakieś 36 godzin w jedną stronę, ale da się. Jeśli możesz pozwolić sobie wydać trochę więcej, polecam bezpośrednie loty do Bodo.

IMG_20170609_173403_HDR-02

Niesamowita ekscytacja pojawia się już na statku. Gdy tylko zarys archipelagu wyłoni się zza horyzont, niecierpliwość sięga zenitu. Oczekiwanie na dobicie do brzegu nie różni się niczym od oczekiwania na świąteczne prezenty. Nie da się usiedzieć na miejscu. Mimo dudniącego, zimnego wiatru, dziesiątki osób gromadzi się na dziobie statku i aparaty lecą w ruch. Już na statku pojawia się wrażenie, że znajduje się na końcu świata. Jest to po części prawda. Płynąc dalej na północ można spotkać co najwyżej arktyczny Svalbard. Z każdą nową, pojawiająca się górą uświadamiamy sobie jakimi szczęściarzami jesteśmy, że po 36 godzinach podróży udało nam się tutaj dotrzeć.

IMG_20170609_134418_HDR-01

Dobijamy do brzegu. Mimo, że jest szczyt sezonu (czerwiec jest najlepszą pogodą na zwiedzanie Lofotów, występuje wtedy najmniej opadów) na statku nie ma zbyt wielu turystów podróżujących bez samochodu. Po otwarciu furty dziobowej, zdecydowana większość udała się w kierunku autobusów. Ja trochę z oszczędności, trochę z chęci pozwiedzania, zdecydowałem się na wycieczkę “z buta”. Z portu do Reine mamy jakieś 5 km. Bynajmniej nie brzmi to jak wyzwanie. Nad Reine znajdował się mój pierwszy cel, właściwie to jedyny, który chciałem zobaczyć. Reinebringen, bo o nim mowa, to chyba najbardziej rozpoznawalny punkt widokowy na całych Lofotach. Jeśli wpiszesz sobie hasło Lofoty w google, masz 100% szansy, że na pierwszej stronie z wynikami znajdziesz zdjęcia zrobione z tego miejsca. Wejście na szlak znajduje się kilkaset metrów przed miejscowością. Trzeba wypatrywać wąskiej ścieżki między krzakami. Już na samym początku można spotkać ostrzeżenie i informację, że jest to miejsca bardzo niebezpieczne i władze odradzają wycieczkę. W internecie można spotkać masę informacji odradzających tą wyprawę. Norwegowie polecają poczekania roku/dwóch do czasu aż ukończony zostanie nowy szlak (wchodząc starym można spotkać pracowników układających schody w górę). Oczywiście niewiele przejmując się zakazami, udałem się na górę. I tutaj uwaga. Nie powiem, zdarza mi się nakłaniać do niesłuchania podobnych ostrzeżeń, tak tym razem odradzałbym wycieczkę osobom nieprzygotowanym, o fatalnej kondycji lub w przypadku złej pogody. Po kilku metrach spotkałem grupę turystów, która próbowała wciągnąć na górę jakichś dziadków. Było im trudno pokonać pierwszych 100 metrów i mam nadzieję, że szybko zrezygnowali i bezpiecznie wrócili. Droga na górę jest bardzo stroma i sypka. Bardzo łatwo można się osunąć w dół. Trzeba uważać na kamienie, które mogą lecieć z góry. Mimo, że samo podejście nie jest długie, to wchodząc z plecakiem zmachałem się jak dzik. Pamiętać należy, że na górze nie ma zbytnio źródła wody pitnej i trzeba uzupełnić zapasy wcześniej, zwłaszcza jeśli chce się spać na szczycie (chociaż z racji ograniczonej ilości miejsca, mało kto się na to decyduje). Początek trasy idzie wzdłuż strumyka, łatwo znaleźć miejsce gdzie można napić się wody. To jest ogromny plus w przypadku taniego podróżowania po Lofotach. Woda jest dostępna praktycznie wszędzie. Woda krystalicznie czysta. Śmiało można pić surową, prosto ze strumienia. Uważać należy tylko na miejsca gdzie pasą się zwierzęta (głównie owce). Zdarza się, że w takich miejscach martwe ciała zalegają nad strumykiem, skutecznie go zanieczyszczając. Napicie się takiej wody może skończyć się niemałym przypałem. Na szczęście mało prawdopodobne jest, że trafimy na takie miejsca. Wracając do wycieczki, Reinebringen to miało być jedyne miejsce w którym podczas noclegu nie będę miał dostępu do świeżej wody. Trzeba było zabrać tyle wody żeby starczyło na kolację, śniadanie, umycie się, opłukanie naczyń oraz uzupełnianie płynów po stromym podejściu. 2 litry powinny być wystarczające.

IMG_20170610_101058_HDR-01

Przeklinając w głębi duszy na to strome podejście, po postoju co kilkaset metrów, udało się wczłapać na samą górę. I w tym momencie szczena mi opadła. Warto było przejechać taki dystans, warto było przeczłapać kilka kilometrów – widok był obłędny. Z racji, że najpiękniejszy widok znajduje się po drugiej stronie góry, podczas podejścia nie wiemy co nas czeka. Po wejściu każdy reaguje tak samo – szok. Z góry rozciąga się przepiękny widok na miejscowość Reine oraz pobliskie fiordy z górującymi nad nimi wierzchołkami. Elizą Orzeszkową nie jestem. Nie jestem w stanie opisać natury, dlatego sami spójrzcie na zdjęcia.

IMG_20170609_164935_HDR-01

Postanowiłem, że w tym miejscu chcę spędzić więcej czasu. No i zaczęła się pierwsza misja. Ni chu, chu nie można było znaleźć kawałka płaskiego terenu na rozbicie namiotu, no ale z racji, że moja trumienka zajmuje mało miejsca, rozbiłem się na środku ścieżki. Mimo, że to bardzo popularne miejsce, mało kogo na górze spotkałem. Właściwie to nikogo nie spotkałem. W nocy słyszałem tylko kilku turystów, którzy zachwycali się widokami. Warto zaznaczyć, że byłem na 68 równoleżniku, mniej więcej w okresie przesilenia letniego. Dzień trwał tam jakieś 22 godziny. Słońce tylko na chwilę chowało się za górami. Niektórzy narzekają, że nie mogą spać. Dla mnie było to bardzo wygodne. Można było sobie iść, kiedy tylko ma się na to ochotę, a noce przez to były bardzo ciepłe.

IMG_20170610_014226_HDR-01

Pierwsza noc minęła bardzo przyjemnie. Byłem przemęczony, więc spałem jak dziecko. Śpiwór robił swoje i mimo, że to koło podbiegunowe, musiałem się rozbierać i spać w samej bieliźnie. Rano szybka owsianka i obowiązkowa kawa. Nie ma nic piękniejszego niż walnięcie kawki z kawiarki przy takim widoku. Pakowanie plecaka, dokładne zbieranie śmieci i można podążać na dół. Kolejnym celem było Reine z którego można było złapać kuter płynący do Kirkefjord. Mając kilka godzin wolnego czasu, spacerowałem sobie po mieście (jeśli potrzebujecie zrobić zakupy to w Reine jest supermarket – niewiele sklepów jest w okolicy).

IMG_20170610_113220_HDRIMG_20170610_113205_HDRIMG_20170610_111205_HDR-01

Klasyczne drewniane domki robią wrażenie. Spokój, harmonia i jeden wielki chillout. Pewnie znacie te domki z wygaszacza ekranu w Windows 7. Wydawać mogłoby się, że jest to idealne miejsce do życia. Nie do końca jest tak kolorowo. Surowy klimat, odcięcie od cywilizacji, noc polarna a dookoła tylko woda lub góry. To wszystko sprawia, że życie w tym rajskim archipelagu jest niesamowicie trudne. Mieszkańcy zajmują się tam głównie rybołówstwem lub wielorybnictwem. Wystarczy wyjść kilka metrów poza wioskę. Można spotkać tam tysiące żerdzi ze sztokfiszami. Sztokfisz to suszona ryba, głównie z rodziny dorszowatych. Złowionej rybie usuwa się głowę, rozcina bebechy, patroszy i wiesza na słońcu. W ten sposób na Lofotach suszy się rocznie niecałe 20 mln ryb. Dla ludzi niezbyt lubiących ryby smród może być wręcz nie do zniesienia. Ja chętnie bym posmakował, no ale w końcu to była podróż na biedaka, więc tym razem musiałem obejść się smakiem. Wędrując między rybami zaczepił mnie mały chłopczyk, który był ciekaw skąd pochodzę. Chłopak miał może z 6 lat, ale na temat ryb wiedział wszystko. Oglądając unoszące się na wodzie pęcherzyki powietrza, był w stanie stwierdzić jakie ryby tam pływają. Kiedy opowiadał o wielorybach, widać było błysk w oku. W Europie wieloryby występują w dwóch miejscach: Islandia oraz Lofoty. Co prawda głównie na północnej stronie wysp, ale czasem jakaś zagubiona dusza pojawi się i w okolicach Reine. Chłopak był w stanie rzucać wszystkimi datami, kiedy ostatnio widziano wieloryba w pobliżu jego miejscowości. Niesamowite. Ja nie jestem w stanie zapamiętać jaki dzień mamy dzisiaj, a co dopiero datę pojawienia się wieloryba 15 lat temu.

IMG_20170610_114446_HDRIMG_20170610_121223_HDR

Po tej miłej pogaduszce udałem się w okolice przystani. Mając jeszcze godzinę wolnego czasu, zacząłem pomagać pracownikom w sprzątaniu. W zamian zaproponowali mi darmową podwózkę na drugą stronę Kirkefjordu, czyli dokładnie tam gdzie zmierzałem. Sama podróż przez fiord była kolejnym doświadczeniem, które wciskało w fotel. Ale po raz kolejny, nie jestem w stanie opisać, więc rzuć okiem na zdjęcie.

IMG_20170610_150704_HDR-01IMG_20170610_151935_HDR

Kuter ten zatrzymuje się w dwóch miejscach. Z pierwszego miejsca można dojść na Horseid Beach, plaża jest bardzo urokliwa, ale dojście do niej zajmuje troszkę czasu dlatego większość turystów płynie na Bunnes Beach. Skoro większość płynie dalej, oczywiste, że ja wysiadłem na pierwszym przystanku. Opłacało się. Byłem jedyną osobą, która wysiadła w tym miejscu. Zapowiadała się przyjemna noc, w miejscu na końcu świata, bez żywej duszy dookoła. Ale o tym później, bo już się trochę zmęczyłem tym postem.

IMG_20170610_155605

cdn…

7 thoughts on “Lofoty – raj na ziemi, na biedaka cz.1

  1. Kurcze, cutotwórca tanich wycieczek. Będę śledził może czegoś się nauczę

    Like

    1. W sumie póki co to pojawiła się mała zajawka celem testów, ale jak najbardziej zapraszam 🙂

      Liked by 1 person

  2. Mega. Poczułem powiew inspiracji. Może w końcu i mi się uda 🙂

    Like

  3. Czekam na więcej 🙂

    Liked by 1 person

  4. A w jakim miesiącu odbyła się wyprawa? 🙂

    Like

    1. W czerwcu. Okolice Bożego Ciała.

      Like

  5. Też mam zamiar śledzić i wreszcie gdzieś pojechać 😉

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s

%d bloggers like this:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close